ROBERT KRESA | GRAPES OF TRASH



_



GRAPES OF TRASH



— Percy?! Percy Flash? — otworzyłem oczy ze zdumienia, równie szeroko otwierając drzwi.
— Cześć Keek! Kopę lat! — rzucił głośno i radośnie Percy — zaprosisz starego kumpla do środka?
— Oczywiście, wejdź. Ale.. co cię do cholery sprowadza w te strony? Łódka się popsuła?
— Nie, nie. U mnie w porządku jeśli o to pytasz. Miałem w okolicy malutki biznes do zrobienia, więc pomyślałem, że zajrzę do mojego przyjaciela artysty.
— Percy?
— No?
— A jebnął ci już ktoś dzisiaj?
— No tak, no tak. Wybacz. Masz rację, przesadziłem — puścił oko i wyciągnął butelkę z szarej, papierowej torby — Artystą nie jesteś, ale dobrego, prawdziwego absyntu to się napijemy, co?
— Prawdziwego?
— A jakże mój drogi. Zobacz - stara zakurzona butelka, prosto ze szwajcarskich zakamarków.
— Jesteś nierealnie niesamowity — powiedziałem sięgając po szklanki i cukier.
Zaczęliśmy raczyć się trunkiem, opowiadając co przytrafiło się nam od czasu kiedy widzieliśmy się ostatnio. W końcu Percy wstał od stołu i powiedział:
— No to teraz pooglądamy zdjęcia.
— Nie ma co oglądać Percy — pokręciłem głową.
— Dlaczego nie ma?
— Widziałeś już wszystkie.
— Coś tam na pewno chowasz — powiedział siadając przed moim komputerem — pokaż.
— Proszę cię bardzo - buszuj.
— To widziałem, to też, a tutaj co to? — wskazał na otwarty katalog — Śmiecie?
— Tak, wrzucam tam resztki, z którymi nie wiem co zrobić. Szkoda wyrzucić, ale do pokazania się nie nadają.
— Nie pitol — podsunął krzesło bliżej monitora.
— Keek?
— No?
— Przecież to genialny materiał.
— Jaki?
— Genialny! Mówisz, że to ze śmietnika?
— Tak jakby.
— Przecież z tego można zrobić kosmiczny album.
— Co ty pitolisz Percy? Przecież to smutne zdjęcia zrobione przypadkiem. Nawet ludzi tam nie ma, o akcji nie wspominając.
— A po co ci akcja? Tu nie ma akcji stary, ale jest poezja.
— Poezja - srezja. Wstawaj - już — próbowałem odgonić go od komputera.
— Zaraz, zaraz — odsunął mnie ręką wpatrując się w monitor — Stary, musisz coś z tym zrobić.
— Nic nie muszę, tak jak jest, jest zupełnie dobrze.
— Nie, poczekaj. To są fenomenalne zdjęcia. Pokazują codzienność ludzkiego życia. Zmaganie człowieka z szarością dnia, przetykane chwilami radości. Udało ci się przelać na obraz ból… ten wiesz…
— Nie wiem
— Ten… Weltschmerz. Jeszcze tylko dobry tytuł albumu i ludzie bedą się zabijać o tą książkę.
— O, czy po?
— Czekaj, czekaj. Jak by to nazwać? Może "Szary ocean betonu"?
— Nie wiem Percy. Mało tego betonu na tych zdjęciach.
— To może "Warsaw Surfaces"?
— Ale zdjęcia są nie tylko z Warszawy. Poza tym, czemu po angielsku?
— Po angielsku lepiej brzmi, no i to na międzynarodowy rynek. Myśl globalnie. Może "The Whisper of Two Ballads"?
— Bez sensu Percy. Robisz sobie jaja z czegoś co wyciągnąłeś przypadkiem ze śmietnika. Zostaw to i zajmij sie piciem.
— Nie jaja mój drogi, tylko czuję, że trafiłem na coś co powinien zobaczyc świat.
— A nie wydaje cie się, że świat widzial juz dosyć i nie ma ochoty zobaczyć więcej?
— Nie, nie — wyszeptał. Był w transie i nie znajdowałem sposobu jak mu przerwać.
— Te fotografie to potęga! W tej bezsensownej szarości pokazałeś piękno duszy ludzkiej.
— To kolorowe zdjęcia Percy.
— Tak, dokładnie. I ten kolor wprowadza element ichtiolizmu. Dźwięk wyobraźni, który rozbrzemiewa kolorami w błotnistej mazi codzienności. Koegzystencja brzydoty z bezdenną potrzebą samozaczerpnięcia miłości ze studni życia. Kontrapunkt odchłani pod postacią ego przenikającego doglębne id.
— Percy? — nie słyszał mnie. Gwałtownymi ruchami palców przewijał fotografie na ekranie monitora. Nie zauważył kiedy go zostawiłem i poszedłem do piwnicy. Pamiętałem, że miałem tu gdzieś stary topór, który kupiłem przypadkiem na średniowiecznym jarmarku. Leżał za piecem. Podniosłem go, wytarłem z kurzu i wróciłem na górę.
— … to nowy rodzaj postrzegania otaczającej nas szarości. Te fotografie, to bezimienny świadek, zerkający swoim wszystkowidzącym wzrokiem niczym Bóg na nas maluczkich, którzy lękamy się spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie samym, nawet szeptem, jacy jesteśmy naprawdę, Jaki jest ten świat, który omotaliśmy pajęczyną nieprawdy tak mocno, że żaden z nas nie ma siły i odwagi by ją rozerwać…
— Percy? — zawołałem go cicho. Nie zareagował. Błyszczącymi oczyma wpatrywał się w monitor, dygocąc w spazmach. Podniosłem topór i rozpierdoliłem jego głowę na pół.