ROBERT KRESA | 1947



_



1947



— Dziesięć!
— Dziewięć!
— Osiem!
— Siedem!
— Sześć!
— Pięć!
— Cztery!
— Trzy!
— Dwa!
— Jeden!
— Niech żyje nowy, 1947 rok!!! — wrzask konferansjera zagłuszyła swingująca orkiestra.
Roztańczone pary szalały na parkiecie; George, razem z dziewczyną przedzierał się przez tłum.
— Gdzie reszta? — spytał siedzącego przy stole Davida.
— Robert ruszył za pięknością, którą przed chwilą wypatrzył, a Henri poszedł szukać dobrego wina — odpowiedział przerywając rozmowę z towarzyszącą mu blondynką.
— Myśli, że w tych czasach znajdzie w Paryżu dobre wino? — zaśmiał sie George.
— I o tej porze — dokończył David — Co dobrego było do wypicia, już dawno zostało wypite.
— Voilà! — krzyknął triumfalnie Henri.
— Jestem pod wrażeniem — rzucił pojawiając się nagle Robert. Wyrwał mu zakurzoną butelkę, sięgnął po korkociąg i sprawnym ruchem pozbył się korka.
— Pijemy, szybko, pijemy — zaczął rozlewać wino do wyciągniętych kieliszków.
— Oby ten rok przyniósł nam dużo nowego i nie był gorszy od poprzedniego! — zakończył toast wpijając się w usta stojącej obok rudowłosej piękności.
— Znacie Kiki? — spytał — Kiki nie jest stąd, ale to dama.
— Wspaniale — odpowiedział Henri.

Muzyka przycichła. Usiedli przy stole pogrążając się w rozmowie. To było ich pierwsze spotkanie od wojny, więc opowieści było sporo.
— ... i widzę jak leci prosto na mnie. Widziałem jego wściekłą gębę w tej kurduplastej kabinie. Wychyliłem się, naciskam spust, a tu gówno. Aparat nie działa. A tak pięknie komponował się między zniszczonymi wieżami. Ech...
— Nieciekawie — pokręcił głową George — Naprawiłeś go już?
— Naprawię — powiedział Robert — naprawię jak tylko odbiorę z lombardu — zakończył uśmiechając się szeroko.
— Zresztą — kontynuował — i tak zdjęcie by nie wyszło. Mam nieodparte wrażenie, że nie zdążyłem wyostrzyć.
— Kiedyś aparaty będą same nastawiały ostrość — wtrąciła Kiki.
— Naprawdę kochanie? Będą miały małą dziecięcą rączkę, która kręci za obiektyw?
— Nie. Silniczek będzie kręcił — kontynuowała niezrażona - w ogóle nie trzeba będzie niczego nastawiać. Wystarczy przyłożyć aparat do oka i wszystko zrobi się samo.
— Byłoby wygodnie — rozmarzył się David.
— To przecież tak jak w Kodaku mojego taty — wtrąciła dziewczyna Davida.
— I filmów też nie trzeba będzie używać.
— A niby co? — spytał George.
— W aparatach będzie szybka łapiąca zdjęcia.
— Wspaniale kochanie — szepnał jej do ucha Robert całując w szyję — Będziemy używać magicznych szybek, potem wracać do czarnoksiężniczych wież, gdzie zarośnięci alchemicy będa je nam wołać w magicznych kotłach.
— Nie będziemy nic wołać — odsunęła głowę — Zdjęcia będziemy oglądać od razu z tyłu aparatu, a wybrane przesyłać telefonem.
— Telefonem? — mrugnął do słuchającego z uwagą Henriego — A jak będę w jakiejś dziurze gdzie nie ma telefonu? To chyba wygodniej skręcić rolkę i schować do kieszeni?
— Nie będziesz szukał telefonu, bo aparat wielkości paczki papierosów będziesz miał zawsze przy sobie.
— I gdzie go podłączę? Będę musiał mieć strasznie długi kabel.
— Nigdzie. Będzie działał bezprzewodowo. Podłączysz do niego aparat, wykręcisz numer do redakcji i zdjęcia po kilku minutach będą na miejscu. Nawet na drugim końcu świata. Żadnych ograniczeń.
— Ależ oczywiście kochanie, oczywiście — Robert sięgnął ust Kiki. Po chwili leżeli pod stołem całując się namiętnie.
— Mon Dieu! — westchnął zamyślony Henri — to będą najlepsze czasy dla fotoreportażu.